Raport Polska.pl
Energetyczne wyzwanie
Ostatni rosyjsko-ukraiński konflikt gazowy pokazał, że niezależnie od aktualnego stanu relacji Warszawy z Kremlem, Polska funkcjonuje w stanie permanentnego zagrożenia załamaniem się dostaw surowców energetycznych, niezbędnych do normalnego funkcjonowania naszej gospodarki. W połowie stycznia rząd Donalda Tuska zaprezentował założenia swojego planu zagwarantowania naszemu krajowi bezpieczeństwa energetycznego.

Skazani na import

Jak łatwo się domyśleć, w dobie kryzysu gazowego najwięcej uwagi gabinet PO-PSL przywiązuje do problemu zapewnienia stabilności dostaw tego surowca do krajowego systemu energetycznego. Niemal dwie trzecie ze zużywanych przez nas rocznie blisko 14 mld m3 gazu ziemnego pobieranych jest obecnie z Rosji, za pośrednictwem wiodącego przez Białoruś Gazociągu Jamalskiego i prowadzącego przez Ukrainę Gazociągu "Braterstwo". Krajowe wydobycie, wynoszące około 4,3 mld m3, pozwala na niewiele więcej ponad pokrycie zapotrzebowania gospodarstw domowych na gaz. W najbliższych latach ilość gazu wydobywanego w kraju może jednak ulec zwiększeniu. Do 2013 roku ukończona ma zostać bowiem budowa kopalni gazu Lubiatów - Międzychód - Grotów, na którą rozstrzygnięto już przetarg o wartości około 1,5 mld zł. Udokumentowane zasoby złoża, które będzie ona obsługiwać, to około 5,5 mld metrów sześciennych gazu. Zwiększeniu ilości eksploatowanych krajowych złóż tego surowca ma również służyć podwyższenie nakładów na szeroko zakrojone prace poszukiwawcze i badawcze. Nawet najwięksi optymiści nie ukrywają jednak, że Polska w dającej się przewidzieć perspektywie będzie musiała importować większość zużywanego przez siebie gazu.

Gazoport priorytetem

Kluczowym elementem rządowego programu dywersyfikacji dostaw gazu ma być budowa w Świnoujściu Gazoportu - terminalu umożliwiającego odbiór skroplonego gazu LNG. Instalacja ta, o planowanej przepustowości co najmniej 2, 5 mld m3 gazu, ukończona ma zostać najpóźniej na przełomie 2013 i 2014 roku. Obecnie realizowane są prace projektowe, nadzorowane przed Operatora Gazociągów Przesyłowych Gaz-System. Jeszcze przed końcem lutego minister Skarbu powinien przedstawić projekt specjalnej ustawy, która przyśpieszyć ma procedury projektowe, przetargowe, budowlane i administracyjne związane z budową Gazoportu. W najbliższym czasie PGNiG zawrzeć ma również kontrakt na dostawy do Polski skroplonego gazu LNG. Kwestia ta jest o tyle istotna, że zdaniem analityków z sektora energetycznego, bez zawarcia długoterminowych kontraktów i wynegocjowania dobrej ceny LNG, budowa świnoujskiego terminalu, której koszt szacowany jest na około 2mld zł, okazać się może ryzykowną inwestycją.

Gazowe bezpieczniki

Stabilność dostaw gazu dla polskiej gospodarki zagwarantować ma zwiększenie rezerw strategicznych tego surowca. Temu celowi służyć ma rozpoczęta już rozbudowa magazynów gazu w Wierzchowicach, której pierwszy etap powinien zakończyć się na przełomie 2011 i 2012 roku. Rząd chce również, przy wykorzystaniu środków unijnych, rozbudować magazyn gazu w Mogilnie i zbudować nowy zbiornik w Kosakowie. Dzięki tym projektom, Polska ma docelowo zwiększyć swoją zdolność magazynowania gazu z obecnych 1,6 mld m3 do 3,8 mld m3.

Przed konsekwencjami zakłóceń w dostawach gazu z kierunku wschodniego chronić ma nas również rozpoczęta już rozbudowa przyłącza do systemu gazowego Niemiec, zlokalizowanego w Lasowie koło Zgorzelca. W razie potrzeby, będziemy mogli za jego pomocą sprowadzać od naszych zachodnich sąsiadów nie - jak to ma miejsce obecnie - 0,9 mld m3 gazu, ale przeszło dwukrotnie więcej (2 mld m3). Za realizację tego projektu odpowiada spółka OGP Gaz-System.

Nowe gazociągi?

Rządowy plan zapewnienia Polsce bezpieczeństwa energetycznego zakłada również przeprowadzenie analizy opłacalności i warunków włączenia się naszego kraju w projekt budowy dwóch nowych gazociągów, którymi moglibyśmy sprowadzać gaz ze źródeł innych niż rosyjskie. Pierwszym z rozważanych projektów jest zbudowanie połączenia polskiej sieci gazowniczej z węzłem gazowym w austriackim Baumgarten, który stanowić ma zachodni kraniec projektowanego gazociągu Nabucco. Rurociąg ten, ciągnący się przez Turcję, Bułgarię, Rumunię, Węgry i Austrię, umożliwić ma Europie Środkowej i Południowej dostęp do gazu ziemnego wydobywanego w regionie Morza Kaspijskiego. Budowa Nabucco rozpocząć ma się w przyszłym roku, zaś cała instalacja ma być oddana do użytku trzy lata później.

Według  Stanisława Rychlickiego z PGNiG, opłacalność podłączenia się Polski do Nabucco będzie w dużej mierze zależała od tego, czy gazociągiem tym popłynie nie tylko azerska i turkmeńska, lecz również irańska ropa. Tymczasem na przeszkodzie temu ostatniemu może stanąć utrzymujący się spór polityczny między Teheranem a UE i USA. Wciąż nie wiadomo również, jak na realizację projektu Nabucco wpłynie forsowany przez Gazprom konkurencyjny plan przedłużenia na Bałkany rosyjskiego gazociągu Błękitny Potok, łączącego obecnie Rosją i Turcję.

Drugim rozważanym rozwiązaniem jest budowa po dnie Bałtyku krótkiego gazociągu Baltic Pipe, łączącego Polskę z systemem gazowym Danii. Według planów z 2007 roku, gazociąg ten miał być gotowy już w 2010 roku, a za jego pośrednictwem do Polski miało rocznie trafiać 2,5 - 3 mld m3 gazu z norweskich złóż na Morzu Północnym. Wobec braku zauważalnych postępów w ubiegłym roku, wspomniany termin jest już obecnie nierealny. Na zlecenie rządu Donalda Tuska analizę opłacalności tego projektu dla Polski opracowuje obecnie OGP Gaz-System.

Naftoport - polisa, ale kosztowna

Znacznie pewniej, niż to ma miejsce w przypadku gazu ziemnego, prezentuje się zaopatrzenie naszego kraju w ropę naftową. Mimo że aż 90 proc. surowca wykorzystywanego obecnie przez rafinerie w Gdańsku i Płocku pochodzi z importu z Rosji, nie powinniśmy w zbyt drastyczny sposób odczuć konsekwencji ewentualnego odcięcia dostaw ropy z tego źródła. Dzięki gdańskiemu Naftoportowi, połączonemu Rurociągiem Pomorskim z rafinerią w Płocku, nie ma technicznych przeszkód przed sprowadzaniem ropy naftowej drogą morską, co daje nam względne poczucie bezpieczeństwa. Obecna przepustowość Naftoportu wynosi bowiem aż 33 mln ton ropy rocznie, co znacznie przekracza nasze zapotrzebowanie (ok. 20 mln ton). Co więcej, według operatora rurociągów naftowych PERN, w razie konieczności istnieje możliwość zwiększenia niewielkim kosztem przepustowości naszego morskiego terminalu do 50 mln to ropy rocznie.

Część ekspertów z rynku paliwowego ostrzega jednak, że zmiana systemu zaopatrzenia w ropę w praktyce wiązałaby się z bardzo dużymi wydatkami.  Przyczyniłaby się do tego zresztą nie tylko wyższa cena samej ropy i dodatkowe koszty jej morskiego frachtu. Niezbędna stałaby się bowiem również przebudowa instalacji w polskich rafineriach, które dzisiaj przystosowane są do przerobu surowca o parametrach fizykochemicznych właściwych dla rosyjskiej ropy. Według największych sceptyków, po podliczeniu wszystkich kosztów tańsze okazać może się sprowadzanie z zagranicznych rafinerii gotowego paliwa.

Według gabinetu Donalda Tuska, zapewnienie stabilności zaopatrzenia polskiej gospodarki w ropę naftową wymaga zwiększenia możliwości składowania tego surowca. Zgodnie z rządowymi planami, w rejonie pomorskiej miejscowości Kosakowo powstać mają magazyny na ropę naftową i paliwa, o pojemności przekraczającej 12 mln m3, co pozwolić ma na długotrwałe zabezpieczenie strategicznych potrzeb Polski oraz krajów bałtyckich. Rząd zakłada, że inwestycja ta zrealizowana zostanie z wykorzystaniem środków z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Za zbudowanie magazynów odpowiadać ma Operator Logistyczny Paliw Płynnych (OLPP) i PERN.

Kaspijska ropa dla Polski?

W wypowiedziach przedstawicielu gabinetu PO-PSL mniej natomiast słychać ostatnio na temat budowy 550-kilometrowego rurociągu łączącego Płock z miejscowością Brody na zachodniej Ukrainie. Dzięki tej inwestycji do Polski mogłaby trafiać - przez Kaukaz, Morze Czarne i Ukrainę - ropa naftowa ze złóż znad Morza Kaspijskiego, w tym głównie z Azerbejdżanu. Gorącym zwolennikiem realizacji tego projektu jest Lech Kaczyński. Podczas listopadowego IV szczytu energetycznego w Baku w Azerbejdżanie polski prezydent wyraził nadzieję, że decyzja o przedłużeniu rurociągu zapadnie w 2009 roku, zaś szczegółowy plan budowy zostanie w styczniu 2010 roku zaprezentowany UE.

Na przeszkodzie w realizacji tych planów stanąć może jednak niestabilna sytuacja polityczna na Ukrainie, w tym przede wszystkim narastający konflikt między prezydentem Wiktorem Juszczenko a premier Julią Tymoszenko. Nie wiadomo, czy w obliczu zaplanowanych na przyszły rok wyborów prezydenckich, władze w Kijowie zdobędą się na polityczną decyzję o odwróceniu kierunku przetaczania ropy rurociągiem Odessa-Brody (obecnie w kierunku południowym transportowana jest nim rosyjska ropa naftowa). Niektórzy analitycy z branży paliwowej powątpiewają również, czy Polsce uda się zabezpieczyć nad Morzem Kaspijskim taką ilość ropy, która zagwarantowałaby sens ekonomiczny tego przedsięwzięcia, którego koszt szacuje się wstępnie na 500-600 mln euro.

Prąd z atomu

Jednym z kluczowych punktów rządowego planu uniezależnienia się od dostaw surowców energetycznych z Rosji jest rozwój w naszym kraju energetyki jądrowej. Przyjęta w tej sprawie 13 stycznia uchwała gabinetu Donalda Tuska przewiduje  powołanie pełnomocnika rządu do spraw energetyki jądrowej. Do jego obowiązków należało będzie przygotowanie Programu Polskiej Energetyki Jądrowej, określającego dokładnie liczbę, wielkość i możliwe lokalizacje elektrowni jądrowych w Polsce.
W trakcie konferencji prasowej po posiedzeniu rządu Donald Tusk zadeklarował, że do 2020 roku powinna zostać zbudowana w Polsce przynajmniej jedna elektrownia jądrowa, a jeżeli analizy potwierdzą opłacalność - to nawet dwie. Zgodnie z rządową uchwałą, za budowę elektrowni odpowiadać będzie PGE Polska Grupa Energetyczna - największy producent prądu w kraju, a pod względem wielkości druga po Orlenie polska firma. Wśród potencjalnych dostawców technologii szef rządu wymienił Francję i Koreę Południową, ale nie wykluczył także innych krajów. - Będziemy współpracowali po to, by znaleźć najtańsze - z punktu widzenia Polski - najbezpieczniejsze, najnowocześniejsze technologie. Na pewno Francuzi mogą tutaj być bardzo cennym partnerem - ocenił Tusk. Na początku lutego do Francji, która przeszło trzy czwarte swojej energii czerpie z siłowni atomowych, pojechać ma wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld, któremu towarzyszyli będą krajowi specjaliści w dziedzinie atomistyki.

Żarnowiec bis?

Według Donalda Tuska, w grę wchodzi 9 lokalizacji dla przyszłej polskiej elektrowni atomowej, które analizowane są obecnie pod względem środowiskowym i logistycznym. Szef rządu ujawnił, że najbardziej naturalnym wyborem jest Żarnowiec - miejscowość w województwie pomorskim, w której w latach 80-tych rozpoczęto budowę elektrowni atomowej, zarzuconą w 1989 roku przez rząd Tadeusza Mazowieckiego. Za taką lokalizacją przemawiają przede wszystkim względy geologiczne, niekorzystny bilans energetyczny północnej Polski oraz bliskość największej w kraju elektrowni szczytowo-pompowej na Jeziorze Żarnowieckim, która mogłaby spełniać rolę akumulatora energii nowopowstałej elektrowni jądrowej. Z kolei prezes PGE Tomasz Zadroga przyznał niedawno, że optymalną drugą lokalizacją dla elektrowni atomowej byłaby wschodnia część Polski.

Według PGE, korzystne byłoby uruchomienie dwóch elektrowni atomowych, każdej o mocy 3 tys. MW. Z wstępnych szacunków wynika, że koszt budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej kształtowałby się w granicach 9-12 mld euro. Jak przekonuje Zadroga, koszty budowy elektrowni jądrowej są wprawdzie o około połowę wyższe niż w przypadku elektrowni węglowej, ale rozkładają się na dwukrotnie dłuższy czas, gdyż siłownia jądrowa może działać nawet 60 lat. Co więcej, zdaniem prezesa PGE, w 2020 roku ceny energii z elektrowni jądrowej będą niższe od tej pochodzącej ze spalania węgla.

Entuzjazm studzi nieco prof. Krzysztof Żmijewski z Wydziału Energetyki Politechniki Wrocławskiej, a zarazem były prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Jego zdaniem jedna elektrownia atomowa pokryje zaledwie trzy procent ogólnego bilansu energetycznego kraju. W tej sytuacji - zdaniem profesora - rzeczywiste zmniejszenie ceny produkcji prądu wymagałoby powstania co najmniej kilu tego typu siłowni. Wątpliwości budzi również termin oddania do użytku pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Podczas gdy rząd zapewnia, że jesteśmy w stanie zbudować taką instalację w ciągu 11 lat, zdaniem wielu ekspertów Polska potrzebuje na to przynajmniej 15 lat.

Czarnobyl mniej straszny od kryzysu

W ciągu dwudziestu lat istnienia III RP istotną barierą  dla rozwoju energetyki atomowej w naszym kraju było negatywne nastawienie do niej polskiego społeczeństwa, żyjącego w strachu przed powtórką wydarzeń z Czarnobyla. Nie  pomagał nawet często przytaczany argument, że z energetyki jądrowej od lat z powodzeniem korzystają kraje Europy Zachodniej, w tym nawet bardzo wyczulona na punkcie bezpieczeństwa energetycznego Szwecja. W ostatnich latach Polacy wydają się jednak coraz lepiej zdawać sobie sprawę z faktu, że żyjąc w otoczeniu państw stosujących energetykę jądrową (spośród naszych sąsiadów siłowni atomowych nie ma tylko Białoruś) dzielimy wraz z nimi potencjalne ryzyko, a nie partycypujemy w zyskach. Powolna zmiana nastawienia naszego społeczeństwa widoczna jest chociażby w sondażu SMG/KRC z końca ubiegłego roku. Już niemal połowa respondentów opowiedziała się w nim za budową w naszym kraju siłowni jądrowych, z czego aż 80 proc. gotowych było mieszkać w odległości nie dalszej niż sto kilometrów od takiej placówki. Okazuje się, że lęk przed drugim Czarnobylem coraz częściej okazuje się być mniejszy od obaw przed drogą energią lub wręcz jej brakiem.

Ignalina wciąż w grze

Według rządowych deklaracji, budowa elektrowni jądrowych w Polsce nie przekreśla możliwości zaangażowania się w podobne inwestycje poza granicami kraju. Donald Tusk podczas niedawnego spotkania z szefem litewskiego rządu Andriusem Kubiliusem podkreślił, że Polska jest wciąż bardzo zainteresowana włączeniem się - wraz z państwami bałtyckimi - w projekt budowy nowej elektrowni atomowej w litewskim Ignalinie. Według planów, pierwszy reaktor nowej siłowni mógłby powstać w 2016 roku, zaś dwa lata później rozpoczęłaby się budowa kolejnego. Wciąż nieokreśloną kwestią pozostaje natomiast podział energii wytwarzanej przez nową siłownię jądrową między partycypujące w jej budowie państwa. Podczas warszawskiego spotkania Tusk jasno podkreślił, że cała inwestycja musi być opłacalna również dla strony polskiej.

- Polska jest zdeterminowana, aby to przedsięwzięcie się udało, ale udane przedsięwzięcie to elektrownia w Ignalinie, która będzie produkowała tyle prądu, aby część tego prądu była polskim prądem - zastrzegł szef polskiego rządu. Sama budowa energetycznego mostu z Litwą kosztować ma nas 800 mln euro. - To wielkie przedsięwzięcie, jesteśmy je gotowi uruchomić natychmiast, ale po stronie naszych przyjaciół z Litwy musi być precyzyjna i gwarantowana agenda, która spowoduje, że tym mostem energetycznym do Polski popłynie prąd z Ignaliny - zaznaczył Tusk.

Oszczędność popłaca

Według prof. Krzysztofa Żmijewskiego, najszybszym i stosunkowo najłatwiejszym sposobem na zmniejszenie stopnia zagrożenia Polski kryzysami energetycznymi jest poprawienie efektywności energetycznej naszego kraju. Mimo że polska gospodarka w ciągu ostatnich dwudziestu lat zdołała znacznie ograniczyć marnotrawstwo energii, wciąż na wyprodukowanie jednostki produktu krajowego brutto (PKB) potrzebujemy jej dużo więcej niż kraje starej UE. Przykładowo, o ile Niemcom do wytworzenia każdego tysiąca euro z ich PKB wystarczy 2,1 MWh, my zużywamy w tym celu przeszło dwukrotnie więcej energii (4,8 MWh).

Taką sytuację trudno zaakceptować jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że najtańszą energią jest właśnie ta, którą udało się zaoszczędzić. Szczególnie opłacalna okazać by się mogła modernizacja krajowego sektora energetycznego. Obecnie, przestarzałe bloki tradycyjnej polskiej elektrowni nierzadko zamieniają na prąd mniej niż 40 proc. energii zawartej w węglu, podczas gdy na świecie funkcjonują już instalacje o przeszło 50-proc. sprawności. Co gorsza, z energii wytworzonej w polskiej elektrowni do końcowych odbiorców dociera jedynie nieco ponad 60 proc. Tak duże straty spowodowane są bardzo złym stanem krajowej sieci przesyłowej i koniecznością  przesyłania energii na spore odległości.

- Jeżeli podejmiemy działania na rzecz poprawy efektywności energetycznej, bo na razie niewiele się w tej dziedzinie robi, to możemy ograniczać zużycie energii w tempie 2-2,5 proc. przez około 10 lat. Ideałem byłoby osiągnięcie stanu gospodarki zeroenergetycznej, czyli takiej, która może rosnąć bez zwiększania zapotrzebowania na energię - wyjaśnia w rozmowie z "Polityką" prof. Żmijewski.

W podobnym tonie wypowiadają się przedstawiciele ministerstwa gospodarki, które opracowało projekt ustawy o efektywności energetycznej Jak przekonuje Zbigniew Kamieński, dyrektor Departamentu Energetyki, zwiększenie efektywności energetycznej to bardzo korzystne ekonomicznie rozwiązanie, które pozwoli skutecznie poprawić bezpieczeństwo energetyczne kraju, a zarazem zredukować emisję CO2 i innych zanieczyszczeń. - W projekcie "Polityki energetycznej Polski do roku 2030" zapisaliśmy dwa cele: dążenie do zeroenergetycznego wzrostu gospodarczego - chcemy tak regulować działalność gospodarczą, aby wraz ze wzrostem PKB nie następował wzrost zużycia energii pierwotnej. Drugi cel przewiduje podniesienie do roku 2030 efektywności energetycznej polskiej gospodarki do poziomu krajów UE 15 w 2005 r. Polska gospodarka jest blisko trzy razy bardziej energochłonna, więc są tu spore możliwości - argumentuje Kamieński na łamach "Nowego Przemysłu".

Według pierwotnych założeń, ustawa o efektywności energetycznej miała wejść w życie 1 stycznia 2009. Ostatecznie, termin ten przesunięto jednak o rok, m.in. z powodu przewlekłości procesu legislacyjnego. Według deklaracji ministerstwa gospodarki, niektóre elementy ustawy mogą natomiast wejść w życie jeszcze w tym roku.

Przemysł nie chce zaciskać pasa

Tymczasem niektórzy eksperci kwestionują przywoływane przez resort gospodarki dane, zgodnie z którymi polska gospodarka jest trzykrotnie mniej efektywna energetycznie od średniej dla państw starej UE. Według szacunków Ryszarda Wnuka z Krajowej Agencji Poszanowania Energii, w 2005 roku energochłonność polskiego przemysłu, liczona według parytetu siły nabywczej, była jedynie o 8 proc. większa od unijnej średniej. - Nie można więc mówić, że potencjał oszczędnościowy polskiej gospodarki jest olbrzymi i możliwy do uzyskania w prosty sposób - przestrzega Wnuk.

Część przedstawicieli krajowego przemysłu ostrzega natomiast, że wprowadzenie w życie ustawy o efektywności energetycznej w jej proponowanym kształcie mogłoby zamrozić rozwój Polski na poziomie dzisiejszego zużycia energii. - Dlaczego mamy się rozwijać przy dzisiejszym zużyciu energii? Może ten poziom nie oddaje naszych potrzeb i nie jest w naszym interesie? - dopytuje się w rozmowie z "Nowym Przemysłem" Jerzy Majchrzak, dyrektor Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. Z kolei plan obniżenia energochłonności polskiej gospodarki do poziomu krajów starej UE powinien - jego zdaniem - wynikać z ogólnej strategii rozwoju kraju. - Jeżeli zdecydujemy, że dążymy do osiągnięcia efektywności UE 15, to zakładamy, że powinniśmy radykalnie zmienić strukturę polskiej gospodarki, czyli zwiększyć udział usług, ponieważ są one mniej energochłonne. W Polsce mamy dość dobrze rozwinięty przemysł ciężki, przy takim wyborze decydujemy się na jego likwidację - zaznacza Majchrzak.

Polacy oczekują dywersyfikacji

W styczniowym sondażu GfK Polonia, przeprowadzonym na zlecenie "Rzeczpospolitej", niemal dwie trzecie respondentów uznało uzależnienie Polski od dostaw rosyjskiego gazu za zagrożenie dla suwerenności naszego kraju. Przeszło połowa ankietowanych wyraziła z kolei gotowość płacenia wyższych rachunków za gaz, jeśli byłaby to cena dywersyfikacji źródeł importowanych przez nas surowców energetycznych. Jako najlepszy sposób na uniezależnienie się od dostaw rosyjskiego gazu aż 38 proc. pytanych podało rozwój energetyki atomowej. Dla porównania, zwiększenie wydobycia węgla było rozwiązaniem sugerowanym jedynie przez co czwartego respondenta.

Wygląda na to, że nasze społeczeństwo jest coraz bardziej świadome zagrożeń wynikających z obecnych sposobów zaopatrywania naszego kraju w niezbędną dla jego funkcjonowania energię. Szybko rośnie również odsetek Polaków, którzy rozumieją, że żadnego bezpieczeństwa - również tego energetycznego - nie da się uzyskać za darmo. Najbliższe miesiące pokażą, czy sprzyjający klimat społeczny skłoni polskich polityków, by w sprawach polityki energetycznej przeszli wreszcie od szumnych deklaracji do konkretnych decyzji.

Źródła: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, "Nowy Przemysł", "Polityka", "Newsweek", "Wprost", "Gazeta Wyborcza", GfK Polonia
Jakub Parnes