Gdy słyszymy o kolejnych rocznicach Powstania w Getcie Warszawskim, w oczywisty sposób nasuwają się nam skojarzenia z Powstaniem Warszawskim z sierpnia 1944 roku. Porównania tych dwóch wydarzeń, które wywarły niezatarte do dziś, krwawe piętno na historii polskiej stolicy, nie wytrzymują jednak konfrontacji z faktami, wynikają bowiem z niedostatecznej wiedzy o przyczynach, celach i przebiegu żydowskiego zrywu, a szerzej - z braku zrozumienia istoty Holokaustu.
Należy pamiętać, że Powstanie Warszawskie miało konkretne cele militarne i polityczne – wyparcie ze stolicy Niemców i powołanie niepodległej polskiej administracji jeszcze przed wkroczeniem wojsk radzieckich do miasta. Powstańczy zryw w Getcie Warszawskim takich celów nie miał, bojownikom przyświecała nie idea oswobodzenia, lecz godnej śmierci, czyli niejako wolności w wyborze rodzaju śmierci – nie w komorach gazowych Treblinki czy Auschwitz – Birkenau, ale z bronią w ręku. Tym samym żydowskie powstanie staje się bardziej podobne do obrony oblężonej przez Rzymian Masady w 73 roku naszej ery niż do jakiegokolwiek innego cywilnego zrywu militarnego z historii nowożytnej (w Masadzie tysiąc żydowskich obrońców starożytnej twierdzy popełniło samobójstwo po daremnej, desperackiej próbie utrzymania placówki).
O powstaniu jako wyborze godnej śmierci (z hebr. 'mitat kavod') i akcie zemsty na oprawcach mówili w świadectwach niemal wszyscy ocaleli uczestnicy tragicznych wydarzeń z Getta. -”Chcieliśmy dożyć momentu, kiedy będziemy mogli się bronić (...). I każdy czekał na ten dzień. My wiedzieliśmy, że będzie likwidacja getta warszawskiego. Dla wszystkich to było jasne!” - mówiła w rozmowie z Anką Grupińską Masza Glajtman Putermilch, jedna z bojowniczek. - „Myśmy szli do walki, ale nikt nie miał nadziei zostania przy życiu. Tylko jedno hasło łączyło wszystkich: zemsta - uratować honor żydowski, honor narodu żydowskiego. I z tym hasłem szliśmy do walki. Wiedzieliśmy, że czeka nas śmierć. Powstaliśmy przeciwko armii regularnej, przed którą trząsł się cały świat. Śmierć była dla nas zupełnie jasna”.
Do pierwszego aktu samoobrony żydowskiej doszło na kilka miesięcy przed Powstaniem. Na początku stycznia 1943 roku dzielnicę żydowską w polskiej stolicy wizytował sam Heinrich Himmler, Reichsführer-SS i szef Gestapo. Nakazał wówczas ostateczną likwidację getta – Warszawa miała się stać „judenfrei” (wolna od Żydów) w ciągu kilku miesięcy. Miał to być prezent na urodziny Adolfa Hitlera, które w 1943 roku przypadały akurat w święto Paschy (20 kwietnia).
18 stycznia rozpoczęła się druga w dziejach Warszawskiego Getta akcja wywózek Żydów do Treblinki. Pierwszego dnia podczas pędzenia ludzi na Umschlagplatz, skąd odchodziły pociągi do obozów zagłady, zdarzyła się rzecz niezwykła – ze strony maszerującej kolumny Żydów padły strzały. Pierwszego aktu zbrojnej samoobrony dokonało kilku członków żydowskiej organizacji skautowskiej o nazwie Haszomer Hacair: Josek Faber, Margalit Landau, Tosia Altman, a także Mordechaj Anielewicz – komendant istniejącej od grudnia 1942 roku Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB), późniejszy przywódca Powstania.
W 1943 roku większość mieszkańców Getta była już świadoma, że wywózki z Warszawy to krótka podróż nie do pracy przymusowej na Wschodzie, ale na śmierć. Ponad trzy lata bezwzględnego terroru ze strony hitlerowskiego okupanta – spędzania do gett, bicia, głodzenia i regularnych polowań - nie pozostawiały miejsca na złudzenia. Większość społeczności żydowskiej Polski (ale i całej Europy) podporządkowała się woli Niemców i bez oporu szła ku zagładzie. O ile w pierwszych latach wojny Żydzi
Od początku 1943 roku członkowie ŻOB zbierali pieniądze na kupno broni. Zadanie karkołomne, by nie powiedzieć nawet: absurdalne, bowiem Getto było morzem nędzy, gdzie łatwiej było znaleźć śmierć niż niemałe przecież fundusze na zakup karabinów, granatów czy benzyny służącej do wyrobu tzw. „koktajli mołotowa”. Żydowscy działacze konspiracyjni musieli sięgnąć po drastyczne środki – ekspropriacje majątków bogatych Żydów kolaborujących z Niemcami.
Zwykle majętnych mieszkańców Getta porywano i trzymano w zamknięciu tak długo, póki nie zgodzili się dać pieniędzy na zakup broni (zgodzili się niemal wszyscy – według świadków zdarzył się tylko jeden przypadek odmowy). Trzeba podkreślić, że broń przekazywała Żydom także Armia Krajowa oraz podziemna organizacja o nazwie Żegota (Rada Pomocy Żydom przy Delegacie Rządu RP na Kraj). Potrzeby były znacznie większe niż okazana przez Polaków pomoc, w dodatku za przekazane pistolety i granaty Żydzi musieli zapłacić (niektórzy bojowcy, którzy wyszli cało z Getta, wspominali po wojnie, że istniała duża nieufność polskiego podziemia do zamiarów wzniecenia powstania).
Decyzja o rozpoczęciu powstania zapadła 18 kwietnia na wieść o tym, że następnego dnia Niemcy rozpoczną kolejny etap likwidacji dzielnicy żydowskiej, gdzie wiosną 1943 roku znajdowało się już tylko 50 tys. - 60 tys. ludzi (w marcu 1941 roku ludność Getta Warszawskiego wynosiła blisko pół miliona). 19 kwietnia rano maszerujące oddziały niemieckie przywitały strzały. Nierówność szans była wprost ogromna – w chwili wybuchu powstania ŻOB miał jedynie siedemnaście karabinów (w tym tylko dwa maszynowe) oraz 500 pistoletów, hitlerowskie oddziały natomiast miały do dyspozycji blisko 1,5 tysiąca sztuk broni palnej (w tym 135 karabinów maszynowych) oraz artylerię. Znacznie więcej broni mieli bojownicy z ŻZW, ale – co ciekawe – obie grupy powstańców nie współdziałały ze sobą i nie udzielały sobie wsparcia.
Rozumiejąc wagę decyzji o rozpoczęciu Powstania, bojownicy żydowscy wydali do aryjskich mieszkańców stolicy odezwę, w której podkreślono, że podjęto walkę ze wspólnym wrogiem: - „Polacy, Obywatele, Żołnierze Wolności. (...) Wśród dymu pożarów i kurzu krwi mordowanego ghetta Warszawy - my - więźniowie ghetta - ślemy Wam bratnie, serdeczne pozdrowienia. Wiemy, że w serdecznym bólu i łzach współczucia, że z podziwem i trwogą o wynik tej walki przyglądacie się wojnie, jaką od wielu dni toczymy z okrutnym okupantem. Lecz wiedzcie także, że każdy próg ghetta jak dotychczas, tak i nadal będzie twierdzą; że może wszyscy zginiemy w walce, lecz nie poddamy się; że dyszymy jak i Wy żądzą odwetu i kary za wszystkie zbrodnie wspólnego wroga. Toczy się walka o Waszą i naszą Wolność. O Wasz i nasz - ludzki, społeczny, narodowy - honor i godność. Pomścimy zbrodnie Oświęcimia, Treblinki, Bełżca, Majdanka. Niech żyje braterstwo broni i krwi Walczącej Polski! (...)”.
Czy polscy współobywatele podzielali to przekonanie o braterstwie broni? Czy „z podziwem i trwogą o wynik walki” przyglądali się wojnie w Getcie? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa – wieść o wybuchu walk w Getcie spowodowała ogromne poruszenie w stolicy oraz – co zrozumiałe – strach. Z relacji Polaków oraz ukrywających się po aryjskiej stronie Żydów wynika jednak smutny obraz, że po opadnięciu pierwszych emocji z 19 kwietnia życie w stolicy wróciło do względnej równowagi. Polacy byli w dużej części obojętni wobec wydarzeń za murem (pisał o tym m.in. Czesław Miłosz i Jan Błoński), często przyjmowali postawę ciekawskich gapiów - wokół Żydów wychodzących kanałami z Getta zawsze zbierała się grupa mieszkańców pobliskich kamienic, nie ma jednak ani jednej relacji świadczącej o tym, by któryś z gapiów udzielił jakiejkolwiek pomocy uciekinierom. Warszawiacy kibicujący Powstaniu – z pewnością byli również i tacy – z braku możliwości współdziałania przyjmowali postawy obserwatorów. Nieliczne zbrojne akcje solidarnościowe w wykonaniu żołnierzy z AK i AL oraz organizowanie Żydom ucieczek ciężarówkami z Warszawy to – niestety - cała pomoc udzielona wojnie za murem.
Walki trwały niecałe trzy tygodnie (zobacz kalendarium). Ich wynikiem była śmierć około 14 tysięcy Żydów, a ponad 50 tysięcy mieszkańców Getta Warszawskiego wywieziono do obozów zagłady. Początkiem końca Powstania było zdobycie przez Niemców sztabu ŻOB w bunkrze przy ulicy Miłej 8. - "(...) wrzucają do środka bombę gazową. Kto nie zginął od kuli niemieckiej, kto nie został zatruty gazem, ten popełnia samobójstwo. Jasne jest, że stąd wyjścia nie ma, a nikomu nie wpada nawet na myśl oddawać się żywym w ręce niemieckie" - mówił Marek Edelman, ostatni żyjący przywódca powstania. Z rąk hitlerowców lub też z własnej ręki zginęło wówczas 80 proc. znajdujących się w bunkrze osób (wśród nich także Mordechaj Anielewicz). Ocaleli na Miłej bojownicy postanawiają opuścić mury Getta. 16 maja wieczorem dowodzący tłumieniem Powstania Jürgen Stroop wydał rozkaz wysadzenia w powietrze Wielkiej Synagogi na ul. Tłomackie, po czym zameldował swoim przełożonym, że dzielnica żydowska "już nie istnieje".
Z relacji świadków wydarzeń sprzed 65 lat wynika, że do pojedynczych starć – mających charakter samoobrony przed Niemcami przeszukującymi wyludnione getto – dochodziło jeszcze w czerwcu. Ostatecznie cała dzielnica została zrównana z ziemią we wrześniu 1943 roku.
Wypowiedzi Marka Edelmana i Maszy Glajtman Putermilch za: Anka Grupińska, "Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami Getta Warszawskiego", Warszawa 2000 r.
Na zdjęciu: Akcja palenia budynków w Getcie Warszawskim