
W czasie II wojny światowej Wrocław, a właściwie Breslau, bo tak po niemiecku nazywała się stolica Dolnego Śląska, pozostawał poza zasięgiem działań wojennych – przez pięć lat fronty znajdowały się daleko od metropolii nad Odrą. Miasto uważane było za bezpieczne, dlatego też, gdy Armia Radziecka rozpoczęła triumfalny marsz na zachód, zdobywając po kolei wszystkie wschodnie tereny Niemiec, Breslau zaczął przyjmować uchodźców. W listopadzie i grudniu 1944 roku liczba ludności miasta wzrosła z mniej więcej 700 tysięcy do ponad miliona. Metropolia nad Odrą jak do tej pory nie ucierpiała z powodu działań wojennych. Od 1939 roku na Breslau spadło niewiele bomb lotniczych, miasto wyglądało więc pięknie, jak za czasów pokoju. Gdyby nie powszechna mobilizacja, frontowe wieści z radia i prasy drukowanej oraz setki tysięcy uciekinierów – można było nie zauważyć, że trwa szaleńcza wojna.
Pod koniec 1944 roku przesiedleńcy z Górnego Śląska i Prus Wschodnich nie przypuszczali, że Breslau jest pułapką i że znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Zwiastunem zagrożenia była decyzja władz wojskowych o ogłoszeniu miasta twierdzą (Festung). Stosowne rozporządzenie zostało ogłoszone 25 lipca 1944 roku, gdy Rosjanie byli jeszcze daleko na wschodzie, nie na tyle jednak daleko, by nie rozumieć, że wojska niemieckie nie są w stanie stawić oporu Armii Radzieckiej. I rzeczywiście – kilka miesięcy później we Wrocławiu zaczęli pojawiać się dolnośląscy uciekinierzy.
Zjawisko opuszczania domów w obawie przed Armią Radziecką było powszechne, w dodatku podsycane przez hitlerowskie władze. Straszono Niemców (głównie kobiety, dzieci i starców, gdyż większość mężczyzn była na froncie), że oto nadciągają azjatyckie hordy, żądne gwałtu, rabunku i mordowania. Całe rodziny, nie mając dokąd uciekać, decydowały się na zbiorowe samobójstwa – kobiety zabijały własne dzieci, po czym same odbierały sobie życie. Te okropne sceny opisywane były przez naocznych świadków, którzy podjęli decyzję o wędrówce na zachód. Mieszkańcy nadodrzańskich wsi topili się w rzece. Paul Peikert, katolicki ksiądz i kronikarz oblężonego Breslau, pisze, że Odrą płynęły setki trupów, które zimą tworzyły przy wrocławskich mostach zatory.
W miarę zbliżania się frontu szaleństwo ucieczek ogarnęło i Breslau. Zamożni wrocławianie oraz tacy, którzy mieli krewnych w głębi Rzeszy, pakowali dobytek i wyjeżdżali. Co na początku było dobrowolną decyzją, stało się w końcu obowiązkiem - 19 stycznia osobisty sekretarz Goebbelsa i gauleiter Śląska Karl Hanke wydał rozporządzenie, aby cała ludność cywilna Breslau opuściła miasto i udała się na Zachód. Była to decyzja nieludzka, ponieważ administracja niemiecka nie dysponowała środkami transportu, które umożliwiłyby przewóz setek tysięcy cywilów. W pociągach nie starczyło dla wszystkich miejsca. Ludzie uciekali zatem piechotą, ciągnąc swój dobytek na sankach. Zima 1944/1945 była tak ciężka i mroźna, że dziesiątki tysięcy zamarzło w drodze na Zachód. Wrocławianie byli także ostrzeliwani z pokładów radzieckich samolotów, które krążyły nad kolumnami uciekinierów. Decyzję Hankego dzisiejsi historycy nazywają wypędzeniem, ponieważ rozporządzenie miało charakter rozkazu wojennego.
Wrocławian, którym udało się przeżyć marsz w kierunku zachodnim, czekał smutny los – tysiące mieszkańców miasta nad Odrą znalazło schronienie w Dreźnie, prawdopodobnie większość z nich straciła życie w trakcie słynnego dywanowego nalotu RAF w nocy z 13 na 14 lutego 1945 r.
Nie wszyscy podporządkowali się decyzji gauleitera Hankego, najwyższego stanowiskiem członka NSDAP na Śląsku, komisarza Rzeszy. W Breslau pozostało 230 tysięcy ludzi. Już wkrótce mieli oni stać się ofiarami dowodzących obroną miasta. 30 stycznia komendantem miasta został dowódca batalionu i brygady saperów Hans von Ahlfen, który zastąpił na tym stanowisku chorego majora Johanna Krausego. Decyzji w sprawie działań wojennych we Wrocławiu nie podejmował jednak sam, lecz wespół z Hankem. Krwawy duet rozpoczął współpracę na początku lutego.
13 lutego wojskom 1. frontu ukraińskiego, dowodzonym przez marszałka Koniewa, udało się zamknąć pierścień oblężenia wokół Wrocławia. Jakakolwiek droga ucieczki była już zamknięta. Niemcy zdecydowali, że miasto Breslau będzie walczyło do ostatniego mieszkańca, wypełniając wolę Adolfa Hitlera apelującego o obronę „świętej Rzeszy” nawet kosztem życia. Wojskowa administracja nadodrzańskiej metropolii zdecydowała się na zaciekłą walkę, której nie można nie nazwać zbiorowym samobójstwem. Decyzja ta od razu miała tragiczne w skutkach konsekwencje – pod broń powołano nastoletnich chłopców oraz mężczyzn z Volsksturmu, którzy wcześniej nie zostali wcieleni do wojska tylko dlatego, że albo nie pozwalał im na to stan zdrowia, albo wiek. W centrum miasta niemieckie oddziały rozpoczęły wysadzanie w powietrze całych kwartałów domów, aby zrobić miejsce dla dział.
Najtragiczniejszym rozdziałem obrony Breslau była jednak budowa lądowiska. Dowództwo obrony zdecydowało, że miasto musi zachować kontakt ze światem – było to możliwe jedynie drogą lotniczą, jednak do portu lotniczego, znajdującego się na obrzeżach metropolii, nie było już dostępu. Postanowiono, że pas startowy powstanie niemal w centrum, na północnym brzegu Odry, tuż za Kaiserbrücke (dzisiejszym Mostem Grunwaldzkim). Za pomocą ładunków wybuchowych całą dzielnicę zrównano z ziemią – w powietrze wyleciały budynki słynnej już w XIX wieku politechniki, uniwersytetu przyrodniczego oraz kliniki. Do uprzątania gruzu i wyrównywania terenu spędzono jeńców wojennych, więźniów okolicznych obozów koncentracyjnych, których zwieziono do miasta jeszcze przed oblężeniem. Karty powołania do pracy otrzymali też obywatele Breslau – odmowa groziła sądem doraźnym i rozstrzelaniem lub powieszeniem. Z relacji świadków oraz opracowań historycznych wynika, że egzekucje takie nie były wcale rzadkością.
Przy budowie lotniska pracowały dziesiątki tysięcy ludzi, 60 do 70 tysięcy z nich zginęło w wyniku ostrzału z samolotów lub bombardowań. Cały wysiłek poszedł jednak na marne – choć dzięki lotnisku (dzisiejszy plac Grunwaldzki) od 15 lutego do 6 maja wykonano aż dwa tysiące lotów, to - koniec końców - nie przyczyniło się to do zwycięstwa, lecz tylko oddaliło w czasie klęskę. W marcu i kwietniu 1945 roku wszyscy mieli już świadomość, że Breslau upadnie w ciągu nadchodzących tygodni. Miasto leżało w gruzach, brakowało amunicji i ludzi do obrony, dalsze walki oznaczały całkowitą zagładę. I choć wielu fanatyków tak właśnie chciało zginąć, to w niektórych wojskowych obudziła się nagle wola życia. Ostatni komendant miasta, generał porucznik Hermann Niehoff, rozpoczął z rosyjskim generałem Władimirem Aleksiejewiczem Głuzdowskim negocjacje, których celem było ustalenie warunków kapitulacji. Wiosną Rosjanie opanowali już całą południową dzielnicę Breslau (dzisiejsze Krzyki) – to właśnie tam toczyły się rokowania. Warunkami kapitulacji było godne traktowanie pozostałych przy życiu cywilnych mieszkańców, opieka medyczna, zachowanie własności oraz umożliwienie wrocławianom pozostania w mieście aż do czasu zakończenia wojny. Najważniejszym punktem dokumentu było zapewnienie generała Głuzdowskiego, że Rosjanie zezwolą na wyjazd Niemców w głąb Rzeszy, gdy tylko umilkną strzały na wszystkich frontach. Żadna z obietnic nie została spełniona.
Akt kapitulacji generał Niehoff podpisał 6 maja 1945 roku. Miejscem, gdzie Breslau został ostatecznie rzucony na kolana, była Willa Colonia (dziś przy ul. Rapackiego), w której znajdował się rosyjski sztab. W stolicy Dolnego Śląska, a właściwie nad jej gruzami, nastała cisza. Wrocław bronił się przez cztery miesiące, od polowy lutego. Poddał się sześć dni po śmierci Adolfa Hitlera, na dwa dni przed kapitulacją Rzeszy i dwa po ustaniu walk w Berlinie. Efektem walk w skazanej od początku na niepowodzenie obrony miejskiej twierdzy było morze gruzów i tysiące ofiar wśród cywilów.
„Wstawanie z kolan” potrwa jeszcze długi czas – na remonty i odbudowę oczekuje jeszcze wiele obiektów i miejsc, które noszą blizny po wydarzeniach z pierwszej połowy 1945 roku. Remonty zaniedbanych kamienic, rewitalizacja dzielnic czy usunięcie gruzów (są takowe nawet w samym centrum!) to zadanie dla współczesnych wrocławian i przyszłych pokoleń.


Ściany dziewiętnastowiecznych kamienic ze śladami po kulach karabinowych

Wojenna ruina w centrum miasta (ul. Włodkowica)

Fasada budynku ze śladem po eksplozji dużego pocisku (ul. Sienkiewicza)

Stare i nowe - plomba z lat 90. wypełniająca miejsce po zburzonej kamienicy

Krzyki z lotu ptaka, najbardziej zniszczona dzielnica Wrocławia, po wojnie zabudowana blokami z wielkiej płyty

Willa Colonia, gdzie 6 maja 1945 roku generał Niehoff podpisał akt kapitulacji (ul. Rapackiego, Krzyki)